czwartek, 5 lutego 2015

Rozdział 2

*12/15/14, wtorek, godzina 12:00*

Wracałam wraz z Hamilltonem ze spotkania. Od wczoraj jestem w bardzo dobrym humorze. 
Siedziałam i wyglądałam przez okno. Moją chwilę spokoju przerwał mi nie kto inny niż Hamillton.
-Coś wielkiego się szykuje... Aczkolwiek nadanie imienia atomowej łodzi podwodnej. Przekazałem pałacowi, że pani się tym zajmie.- powiedział wchodząc do pomieszczenia.
-To przekaż pałacowi, że tego nie zrobię. Chciałabym trochę odpocząć, spędzić czas z rodziną.
-Ale...
-Nie ma żadnego 'ale'.
-W pani sytuacji łódź byłaby sensowna.- powiedział cicho.
-co masz na myśli Hamillton? Czy ty coś sugerujesz?
-Ja? Nie śmiałbym.
-Ale serio, łódź podwodna? Ja wolałabym pracować z ludźmi.
-Z ludźmi powiadasz... Nie chcę pani urazić, ale niektórzy mają sceptyczne nastawienie. A poza tym panienka jest taka młoda, a łódź to perspektywa na przyszłość.
-Chyba nie rozumiem...
-Pierwszy krok: nadanie inienia łodzi, krok dziesiąty przejecie tronu.
-Chciałabym. Ale Hamillton, łódź? Serio, ja wolę pomagać ludziom! Poza tym w kolejce przede mną jest jeszcze William i jego bachor.
-Jak już to bachor... Znaczy chciałem powiedzieć dziecko.- ożywił się.
-Dobra,nie ważne, skończmy  ten temat.

***

-Chłopcy! Proszę, uspokójcie się.- mówiła Stormie do synów, którzy postanowili rozegrać sobie rundkę football'u w hotelowym pokoju.
-Chwila! Zaraz kończymy!- krzyknął Ellington.
-Dawaj do mnie!- krzyknął Ross.- Już prawie jestem!
-Mam ją!- Riker zaczął biec w stronę kanapy.- Cztery metry, dwa metry... I Przyłożenie!
-O nie! Domagam się rewanżu!- oburzył się najmłodszy.
-No to dawaj!
-Rik, podaj! Przechwycę ją!- rzucił Rocky.
Gdy tylko przejął piłkę, pobiegł przed siebie. Niestety potknął się i wylądował na podłodze.
-Rocky!- krzyknęła Rydel.- Wszystko jest okay.- podbiegła do bruneta.
-Rocky! Przyjacielu! Żyjesz?!- panikował Ratliff.
-Tak, ale...- gdy próbował się podnieść, syknął z bólu.- trochę boli mnie ręka.
-Dzieci, mówiłam wam żebyście się uspokoili. Ile wy macie lat?- Stormie zmarszczyła brwi.- Pokaż.- skierowała do syna.
Jego ręka była cała czerwona i lekko spuchnięta.
-Jedziemy do lekarza.- postanowiła.
-Jadę z wami.- powiedział Riker.
-Ja też.- wtrącił Ross.
-Też chcę.- odezwała się Delly.
-Kochani, wszyscy nie zmieścimy się do auta. Poza tym ktoś musi tu zostać.- powiedziała dorosła pomagając wstać Rocky'emu.
-Ewentualnie ja mogę zostać...- odrzekł najstarszy z rodzeństwa.
-Ja jadę i koniec.- uparł się Ell.
-Ja też mogę zostać.- westchnęła Dells.
-Jeszcze jacyś chętni żeby zostać? Nie? W takim razie jedzie oczywiście Rocky i Ellington, ja i...
-Ja prowadzę!- Ross chwycił szybko kurtkę, kluczyki i wybiegł z pokoju.

*około godziny później*

-Tak jak myślałem. Pan Lynch ma zwichnięty nadgarstek.- stwierdził lekarz patrząc na zdjęcie rentgenowskie. 
-Ale będę mógł dalej grać?- zapytał brunet masując opatrzoną już rękę.
-Tak, oczywiście...- kontynuował lekarz.
-Jest!
-Ale nie teraz.
-C-co?- podniósł się gwałtownie.
-Ma pan uszkodzony nadgarstek. Nie chcemy, żeby było jeszcze gorzej, prawda?
-Ale my jesteśmy w trasie!- krzyknął.- Niby jak zespół ma kontynuować trasę bez gitarzysty?!
-Rocky, spokojnie.- powiedziała Stormie.
-Jak mam być spokojny?! Wszystkie koncerty są zabukowane, wszystko jest gotowe, a my tak nagle przerwiemy w samym środku?!- wykrzyknął- Kiedy mogę z powrotem grać?
-Za jakieś dwa, trzy...
-Dni?
-Tygodnie.
-Co?!- pisnęli równocześnie Rocky i Ell.
Ross siedział w kącie na krześle i nic nie mówił.
-Ja już nic nie mogę zrobić.- odezwał się lekarz.- A teraz, przepraszam, ale muszę już iść. Pacjenci czekają.
Rocky bez słowa wybiegł na korytarz. Ross pobiegł za nim.
-R-Rocky, poczekaj.- zatrzymał brata.
-Co?!- odparł z wyrzutem.
-Przepraszam cię.
-Ty? Niby za co?
-To ja zaproponowałem football. Gdyby nie ja, nic by ci się nie stało.
-Przecież to nie przez ciebie, nie obwiniaj się, Młody. Poza tym, zawsze graliśmy w domu i nigdy nic się nie stało. - uniósł delikatnie kąciki ust.
-Może skoczę po mamę i Ellingtona, i pójdziemy się czegoś napić?
-Spoko.


***

Po chwili Hamilton znów się odezwał:
-Wasza Wysokość, dzwonili przed chwilą z Royal Brompton Hospital.
-Tak. Stan pani dziadka się... Pogorszył.- westchnął.
-Jak to 'pogorszył'?- zmarszczyłam brwi.
-Potrzebują Panienki w szpitalu.
-Ale, że teraz?
-Tak, natychmiast.
-Pemberly!- krzyknęłam do kierowcy limuzyny.- Jedź do szpitala. Szybko!
-Już się robi.- mężczyzna gwałtownie zakręcił i ruszyliśmy do szpitala.

*kwadrans później*

Wbiegłam pospiesznie to szpitala. Biegłam prosto korytarzem mijając tłumy ludzi. Nidy nie lubiłam szpitali. Te białe kolory ścian, ludzie w tych beznadziejnych strojach. Eh, niedobrze mi.
Wbiegłam szybko po schodach na drugie piętro.
-Przepraszam, gdzie jest odział intensywnej terapii?- zapytałam pielęgniarkę o kruczoczarnych włosach.
-Trzecie piętro, drugie drzwi po lewej.- uśmiechnęła się.
-Aha.- powiedziałam i pobiegłam we wskazane miejsce.
Jest! Odział intensywnej terapii, sala 307.
Chciałam wejść, ale drogę zastawił mi dr. zero kultury.
Rany.
-Witam, doktor Harris.- przedstawił się.- Miło panią widzieć.
No pewnie, że miło.
-Witam, co z moim dziadkiem?- zapytałam.
-Miał krwotok, ale to zdarza się przy operacjach takiego typu.
-Czyli jeszcze nie może wrócić do domu?
-Niestety nie. Jego stan jest poważny. Pani dziadek na pewno z tego wyjdzie. Mogę zapewnić, że jest pod najlepszą opieką.
Człowieku nie mydl mi oczu.
-A wezwana została Pani, ponieważ potrzebujemy zgody na kolejną operację.- kontynuował.
-Dlaczego ja? Miał pan do wyboru 1/2 mojej rodziny i padło na mnie.- skrzyżowałam ręce na piersi.
-Jest Pani wpisana...
-Czyli?
-Może Pani decydować o losach pacjenta.
-Dobra, no to operujcie.
-Oczywiście. To ja panią żegnam.
-Chwila, chwila, mogę do niego wejść?- spytałam.
-Jego stan jest poważny.- powtórzył.- Teraz skoro mamy zgodę przygotujemy pacjenta do operacji.
-Dobrze.
Wyszłam z sali na korytarz...
-God, damn it!- oparłam się parapet okna szpitalnego.
-Nie ładnie jest słyszeć z ust księżniczki takie słowa...- usłyszałam za plecami.
-Rocky!- uśmiechnęłam się.- Co ci się stało w rękę.
-Mały wypadek...- zasłonił opatrunek.- A ty co tu robisz?
-Byłam u dziadka, ale nie wpuścili mnie...
-Przykro mi.
-Mi też. By the way, będziesz grał z uszkodzoną ręką?- skinęłam w stronę bandaży.
-Niestety mam zakaz dotykania gitary.
-Do kiedy zostajecie w Londynie?
-Będziemy tu jeszcze przez jakieś dwa, trzy tygodnie, aż wydobrzeję.
-To może wpadniesz dzisiaj do mnie na kolacje?- zaproponowałam.
-Chętnie!
-Potem wyślę ci adres.
-Okay.
-Rocky!- podbiegł do niego jakiś blondyn.- Hej.- uśmiechnął się.- To już rozumiem dlaczego cię tak długo nie było.- zmierzył mnie od góry do dołu.
-Cześć.- zachichotałam i zatrzepotałam rzęsami.
-Wracamy już do domu.- powiedział.- A tak w ogóle, jestem Ross.
-A ja Cat, miło mi.
-Cat? Jak kot?
-Zawsze wszyscy to mówią...- westchnęłam.- Nie jak kot tylko jak, Catherine.
-Fajnie. Co robisz w szpitalu?
-Ja...
-No nic, my musimy już lecieć.- uciął mi Rocky.- Do zobaczenia!
-Pa!- pomachałam im.
-Do zobaczenia.- powtórzył Ross i puścił mi oczko.

~~~
Hi! 💋. :*
Jest rozdział.
Poprawię go jak będę miała mój sprzęt z powrotem. -.-
Dzisiaj taki rossdział na ludzie, nic specjalnego się nie dzieje.
Wasze blogi staram się czytać, komentować w miarę możliwości. Na komentarze już zaraz odpowiadam.
Z mojej strony to chyba tyle...
A! Przed R3 zmieni się wygląd bloga.
To w sumie chyba wszystko...
C ya soon!




sobota, 3 stycznia 2015

Rozdział 1


* Zima, Marzec 04/2014 *

-Londyn!- głos Rossa rozniósł się po całym IndigO2- To już nasza ostatnia piosenka dzisiaj! Chcę was teraz usłyszeć. Wszystkie zmartwienia, problemy, są teraz nieważne! Tą jedną piosenkę
zaśpiewajcie głośno! Come on get loud!
W całej sali rozbrzmiały dźwięki muzyki. Atmosfera była niesamowita. Wszyscy świetnie się bawili. Ostatnie chwile gdy R5Family mogła śpiewać i wspólne bawić się ze swoimi idolami. 
Ludzie tańczyli, skakali, krzyczeli. 
-Baby, let me hear it loud! Na na na, na na na...'






Ostatnie dźwięki, ostatnie solówki.
-Dziękujemy, Londyn!
Ukłon i zejście ze sceny. Tak mniej więcej przebiegła końcówka koncertu R5 w IndigO2 w Londynie. 
Kolejny koncert można odhaczyć z listy. 
Po zejściu ze sceny wszyscy zaczęli pakować instrumenty, wzmacniacze i resztę sprzętu do tour busa. Po uporaniu się z tym zadaniem wszyscy dzieląc się na grupy przejeżdżali do hotelu, ponieważ w Londynie mają spędzić jeszcze tydzień.
-Rocky, nie wsiadasz?- zapytał Riker wychylając się zza otwartych drzwi autobusu.
-Nie, chcę się jeszcze przejść. Koncertowe emocje jeszcze mnie nie opuściły.- zaśmiał się.
-W Londynie jesteśmy przez cały tydzień, będziesz miał jeszcze czas na spacery. Poza tym, nie jesteś zmęczony?
-Nie.- zaprzeczył.
-No to rób co chcesz, ale wracaj niedługo.- powiedział najstarszy, ale bruneta już nie było.

***P.O.V. Cat***

Wyszłam z limuzyny i jak zwykle przywitały mnie tłumy ludzi. Uśmiechnęłam się i pewnym krokiem weszłam do budynku. Ruszyłam do sali konferencyjnej. Zgromadziło się w niej około stu osób. Bez dalszego przedłużania weszłam na scenę. Rozległy się brawa.
-'East Middleton Foundation'* jest wspaniałą działalnością.- rozpoczęłam przemowę- Pomogła już wielu dzieciom i wielu rodzinom nie tylko tutaj, w Wielkiej Brytanii, ale i Szkocji, Irlandii i Walii. Mam nadzieję, że fundacja będzie rozwijała się tak dobrze, albo nawet i lepiej niż teraz. Ja jako przedstawicielka Windsorów i całego pałacu Buckingham, mam zaszczyt wręczyć wam czek na £70.000!
Ponownie rozległy się brawa.
Stałam na scenie i czekałam aż ktoś łaskawie poda mi ten czek. 
-Czek pewnie przepadł na poczcie.- chciałam rozśmieszyć publikę i opóźnić oczekiwanie.
Na sali rozległy się śmiechy.
Nie jest źle, tylko niech mi ktoś przyniesie ten cholerny papier. 
Byłam już lekko (czytaj bardzo) zirytowana. 
Nagle na scenę wbiegła Camille. Jest ona asystentką  asystentki szofera mojego brata. Tsa. Nikt inny nie mógł się pojawić więc została ona. I teraz widzę, że to był błąd. Zero profesjonalizmu. 
Camille była cała rozczochrana. Poprawiła marynarkę, odgarnęła włosy z twarzy i podeszła do mnie z wielkim kartonem w ręku. Posłałam jej lodowate spojrzenie i przejęłam czek. Odwróciłam się do publiki i posłałam im szeroki uśmiech.           -Z dumą przekazuję pieniądze dla 'East Middleton Foundation'!- podałam wielki karton Pani dyrektor Lauren. 

Znów brawa i gwizdy.
Po zejściu ze sceny czekały mnie podziękowania, kwiaty i inne takie bzdety. Lubię kwiaty, ale bez przesady. Po co mi tyle tego zielska? 
Mimo, że na mojej twarzy gościł uśmiech, w środku umierałam z nudów. Help. Po jakiejś godzinie wyszłam w końcu z budynku. Złapałam jeszcze Camille przy wyjściu.
-Camille.- zatrzymałam kobietę
-Tak?- zapytała delikatnie drżącym głosem.
Czuć od niej strachem i desperacją na kilometr.
-Dlaczego się spóźniłaś?- skrzyżowałam ręce na piersi.
-Przepraszam, ja...
-Nie możesz! Wiesz kim ja jestem i dla kogo pracujesz?! No hello, kobieto, ogarnij się! Do najmłodszych nie należysz, rodziny nie masz, chcesz jeszcze nie mieć pracy?! Dla mnie to nie problem, ale wiesz, ludzie mogą sobie wymyślać i dopowiadać historie na temat dlaczego wyleciałaś z pałacu, wiec sorry. Stałam i czekałam na ciebie jakieś trzy minuty! To niedopuszczalne! Powinnaś już być dawno wywalona, ale znaj moją litość.
-Ja... Ja...- była bliska płaczu. Ale żenada.- Przepraszam, przyrzekam, że to się więcej nie powtórzy!
-No ja mam nadzieję.- ruszyłam w stronę ulicy.
Po kilku krokach zatrzymał mnie Hamilton- mój hmmm... Asystent/doradca. Pomaga mi to wszystko ogarnąć. Ma około czterdziestu lat i jest w miarę w porządku.
-Panienko, limuzyna już czeka.
-Ale ja wolę się przejść. 
-Ale Pani nie może. 
-Niby to czemu, hm?-zmarszczyłam brwi,
-Temu, że za Panienką jeżdżą dziesiątki dziennikarzy, fotoreporterów, osób z typowych brukowców. Czekają tylko na pani wpadkę.
-Ja jestem idealna i nie znam słowa 'wpadka'. Idę pieszo.
-Ale jest zimno i...
-Patrz, zrobimy tak: ja idę pieszo, a ty nikomu nie mówisz, bierzesz limo, nikomu nie mówisz i dostajesz karnet na mecze NBA w loży dla VIP-ów. Co ty na to?
Mężczyzna rozejrzał się dookoła.
-Zgadzam się, ale jak coś to ja nie widziałem cię, a ty mnie, stoi? 
-Tak jest!
Uśmiechnęłam się i ruszyłam przed siebie.
Uwielbiam zimę. Gwieździste niebo, zaśnieżone uliczki, płatki śniegu lecące z nieba, Uliczne latarnie dodają tylko jeszcze większego uroku. Nie mogę uwierzyć, że nie ma dwóch identycznych płatków śniegu. Świat cały czas nas zaskakuje. Wszechświat kryje przed nami wiele tajemnic. Biały proszek sypie się z nieba. To trochę jakby niebo miało łupież. Super, właśnie obrzydziłam sobie śnieg. Zima mogła by trwać wiecznie. Chociaż mogłoby być trochę cieplej. Ręce powoli robią mi się czerwone, a moje rękawiczki oczywiście zostały w limuzynie. Szag by to. Nagle coś interesującego przykuło mój wzrok.


***Rocky's P.O.V.***

Zima! Wspaniały okres! Cieszę się jak dziecko. Uwielbiam śnieg! Idę chodnikiem i łapię na język płatki śniegu. U nas w L.A. śniegu nie ma i to nie jest cool, chociaż 25 lutego 2011 roku pierwszy raz od 35 lat spadł śnieg w Cali, ale to było w San Francisco. Bardzo dobrze wspominam czasy, gdy mieszkaliśmy w Littleton. Tam nie było świąt bez śniegu. Teraz jeździmy tam tylko na większe uroczystości rodzinne i święta.
Szedłem ulicą  pogrążony w rozmyślaniach. Mogą uwagę przyciągnął pewien staruszek siedzący na ławce. Obok niego na stojaku stała skromna gitara akustyczna rozmiaru 3/4. Prawdopodobnie ECHO C81C/P. Podszedłem bliżej i usiadłem obok mężczyzny.
-Mogę?- wskazałem w stronę instrumentu.
Staruszek skinął z głową z aprobatą. 
Zacząłem grać One Last Dance. Podśpiewywałem sobie pod nosem. Wokół zaczęło zbierać się coraz więc ludzi.
Po skończonym utworze rozległy się brawa. Do kapelusza mężczyzny ludzie zaczęli wrzucać pieniądze. Podniosłem się z ławki, odłożyłem gitarę na miejsce, uśmiechnąłem się i wrzuciłem kilka dolarów. Starszy odwzajemnił uśmiech.
Nagle usłyszałem jakiś głos. 
-No, no, nawet dobrze ci poszło. 
Obejrzałem się za siebie. Moim oczom ukazała się niezbyt wysoka brunetka, jej brąz włosy sięgały prawie do pasa, były zakręcone w lekkie fale. Ubrana była w beżowy płaszczyk do kolan i długie, białe kozaki na obcasie. Na uszach miała białe, puchowe nauszniki. 
-Dzięki.- posłałem jej uśmiech- Jestem Rocky.- chciałem 'luzacko' oprzeć się o latarnię, ale nie trafiłem ręką w słup i zaliczyłem glebę
Dziewczyna zaczęła się śmiać.
Super, ale żenada. Podniosłem się z ziemi strzepując śnieg z kurtki. 
-No nie popisałem się.
-Raczej nie.- zachichotała- Jestem Cat.
-Cat? Jak kot?
-Raczej jak Catherine. 
-Czy my się przypadkiem kiedyś nie spotkaliśmy?
-Rocky Lynch z R5.
-Znasz mnie?
-A ty mnie nie?
-Coś kojarzę, ale nie wiem...
-Jesteś w Londynie i nie wiesz kim jestem. Cool. A nazwisko Windsor ci coś mówi?
Nagle mnie olśniło.
-Czy ty to...?
-Tak to ja.- zaśmiała się.
-No to szalenie miło mi Panią poznać.- ukłoniłem się- Może Panna dała by się zaprosić na ciasto?- Mój brytyjski akcent to kpina.
-Będzie mi szalenie miło.- nie mogła przestać się śmiać.

*Cat's P.O.V.*

-Jak to jest być w zespole?- zapytałam biorąc kolejny kęs jabłecznika.
-Bycie w zespole to niezły fun, ale dopiero w trasie poczułem co to naprawdę znaczy. 
-Wszyscy w zespole jesteście spokrewnieni?
-Prawie. Wszyscy oprócz Ratliffa. Poznaliśmy go jak się przeprowadziliśmy z Littleton do L.A. Anyway, teraz ty opowiedz mi coś o sobie. Masz jakieś rodzeństwo?
-Mam starszego brata- Williama. A ty ile masz rodzeństwa?
-Razem ze mną jest nas pięcioro.
-Pięcioro?- nie kryłam zdziwienia.
-Tak. Jest Riker, Rydel, potem ja, Ross i Ryland.
-Fajnie. Musicie być bardzo blisko.
-U was tak nie jest.
-Nie. Każdy dba tylko o swoje interesy. Moja mama nie żyje, jestem teoretycznie po opieką ojca, bo Will jest pełnoletni, ale i tak mieszkam w pałacu, a z ojcem się nie widuję.
-To trochę smutne... Skończmy ten temat.
-Spoko.
Rozmowę przerwał mój telefon. 
-Przepraszam, ale muszę już iść. 
-Czekaj, dasz mi swój numer?
Rozejrzałam się dookoła. Chwyciłam jakąś kartkę i długopis, i nabazgrałam szybko numer. Wyszłam z kawiarni, wezwałam taksówkę i ruszyłam do domu.

~~~
Hej!
Mamy pierwszy rozdział. Osobiście nie jestem zadowolona, ale okay. R1 jest trochę nudny, ale jakoś trzeba zacząć ;)
Chciałabym podziękować Kimi i Nie Normalnej dziewczynie za nominacje do LBA!. OLD został nominowany dwa razy, a LMLT został nominowany po raz szósty! Dziękuję.♥
No nic, zachęcam do dalszej lektury i zapraszam na LMLT.
Przesyłam buziaki!
~Iggy
PS. Wbijajcie na TL6D :) Nowy blog....
PS2. Założyłam fanpage'a LMLT na fb. Więcej w zakładce 'Kontakt' na Love Me Like That! Zapraszam do łapkowania. ;)
image



sobota, 27 grudnia 2014

Prolog

'Nie koszmar min przeciwpiechotnych zdominował nagłówki wszystkich gazet w Wielkiej Brytanii, lecz doniesienia o romansie księżnej z młodym muzykiem z Ameryki. Spekulacje podsycił przyjazd Lynch'a do Zjednoczonego królestwa'.
Taki tekst można zobaczyć w co drugim brukowcu i na każdym kanale telewizyjnym. Niewinna przygoda skończyła się skandalem na skalę światową. Nagle problemy tworzą się jeden po drugim...
Jestem Cat, a właściwie to Catherine Mary Lucy Windsor, Księżna Cambridge. Mam szesnaście lat i jestem częścią rodziny królewskiej. Pewnie myślicie, że to fajnie? Też na początku myślałam, że lepiej być nie może. Za wszelką cenę dążyłam do objęcia tronu. Teraz oddałabym wiele aby w moich żyłach nie płynęła 'błękitna krew'. Bycie księżną to nie są przelewki, to raczej szkoła przetrwania dla dam. Jeszcze może wszystko toczyłby się normalnie, swoim torem, gdyby ON nie pojawił się w Londynie. Czasami zastanawiam się czy po prostu nie zostawić tego wszystkiego i uciec gdzieś na odludzie. Chciałam zapomnieć, ale blizny przeszłości dają się we znaki. Chciałabym żeby tamten wieczór nigdy nie nadszedł. Może wtedy moje losy potoczyłaby się zupełnie inaczej?
Nie ważne.
Chciałabym opowiedzieć Wam moją historię. Wszystko zaczęło się pewnego wieczoru w Londynie...

~~~

Hejka ;*
Jestem Iggy i pewnie niektórzy kojarzą mnie z Love Me Like That. Jeśli nie, to będziecie mieli okazje mnie poznać czytając One Last Dance.
Tutaj mamy takie małe wprowadzenie do mojej historii. Czym ona będzie różniła się od LMLT? Tylko wszystkim :)
Mój blog będzie chyba oryginalnym ff, bo przynajmniej ja nie spotkałam się takim rodzajem opowiadania.
Poza tym chcę Wam zdradzić, że pracuję obecnie nad trzema projektami, więc będzie ciekawie.
Od razu chcę wspomnieć, że piszę tego bloga tak... Hmmm... Na spróbowanie. Jeśli nikt nie będzie czytał- trudno. ;)
Tu będzie określona liczba rozdziałów. Cały zarys historii mam już w głowię.
Anyway, mam nadzieję, że blog Wam się spodoba i chętnie będziecie go czytali, obserwowali i komentowali. :)
Szablon jest na razie taki jaki jest. Niedługo ulegnie zmianie.
Wszystkie zakładki (np. bohaterowie) w najbliższym czasie zostaną 'ogarnięte'.

KOMENTUJESZ = MOTYWUJESZ

Pozdrawiam :***

PS. Rozdział na LMLT pojawi się jutro albo w poniedziałek.

Obserwatorzy

Lydia Land of Grafic