piątek, 13 marca 2015

Rozdział 4

Ku mojemu zdziwieniu nie był to Rocky, tylko Ross.
-Myślałam...
-Że spotkasz się tu z Rocky'm.- uciął mi.
-Dokładnie.
-Ale dostałam tekst i...
-I myślałaś, że Rocky zmienił zdanie.
Znów mi przerywa. Nie lubię tego.
-Tak, Sherlock'u.
-Tak jakby pożyczyłem telefon od brata i...
-I wysłałeś mi wiadomość z jego numeru.
-Brawo.- zaśmiał się.
-Skoro ja już tu jestem i ty też to może masz ochotę na spacer?- zapytał.
-W sumie, czemu nie.

*w tym samym czasie Rocky*

Po umówieniu się z Cat od razu wypożyczyłem samochód. Wpadłem tylko do hotelu, aby odświeżyć się i przebrać. Za piętnaście piąta byłem już z powrotem w samochodzie. Nawet nie macie pojęcia jak ciężko prowadzi się samochód, mając uszkodzoną rękę (zwłaszcza, że moje auto ma manualną skrzynię biegów).
Londyn. Jestem tu drugi raz w życiu. Pierwszy raz byłem tu kilka lat temu z Riker'em i tatą.
To miasto nigdy nie straci swojego uroku i nigdy nie przestanie mnie zachwycać.
Gdy dotarłem na miejsce, zrobiłem tak jak kazała mi Cat: skręciłem w ostatnią uliczkę i podjechałem od tyłu. Podjechałem pod budkę strażnika, która znajdowała się pod wielką, czarną bramą. 
Mężczyzna wychylił się zza budki i zapukał w moją szybę. Kliknąłem przycisk obok kierowcy i otworzyłem okno.
-Witam, kim pan jest?- zapytał.
-Rocky Mark Lynch.- uśmiechnąłem się szeroko. 
-A jest tutaj pan w celu...?
-Przyjechałem spotkać się z panną Catherine.
-Mhm, proszę chwilę poczekać.- cofnął się do wnętrza swojej 'klatki' i zaczął przeglądać kartki.
Nerwowo stukałem palcami o kierownicę.
-Panna Catherine oraz inni mieszkańcy posiadłości nie spodziewają się dziś żadnych gości.- powiedział po chwili.
-Ale ja się z nią dzisiaj umawiałem. Muszę wjechać.
-Nie dostałem żadnej informacji.- uparcie trwał przy swoim.
-No ale...
-Gdyby było inaczej, zostałbym powiadomiony, nie sądzi pan?
-Nie.- burknąłem.
-Czy pan prowadzi ze złamaną ręką?!
-Zwichniętą. I nie ręką, tylko nadgarstkiem.
-To jest w ogóle legalne?!
Wzruszyłem ramionami.
-Nie mogę pana tu wpuścić. Proszę o opuszczenie terenu.
-Pan jest głuchy czy ślepy?!- uniosłem się.
-Proszę. Odjechać. Albo. Wzywam. Policje.- wycedził przez zęby.
-Proszę tylko do niej zadzwonić.- łagodziłem sytuację.
-Jak pan sobie życzy.- posłał mi sztuczny uśmiech i podniósł słuchawkę telefonu.
-Nie wiedziałem, że Anglicy to takie gbury.- powiedziałem pod nosem.
-Że co proszę?!
-Nie nic!
-Co pan powiedział?
-Nie nic!- krzyknąłem.
Mężczyzna tylko westchnął.
-Księżniczka nie odbiera, przykro mi.- odezwał się po chwili.
-Mi też.
-Naprawdę musi pan już opuścić posesje. Do widzenia.
-Do widzenia.- wyjechałem z alejki i zawiedziony skierowałem się drogą do hotelu.

***

Wraz z Rossem szliśmy wzdłuż ulicy.
-Wiesz co,- mówił.- zawsze marzyłem, aby się tu przeprowadzić.
-Serio?- zdziwiłam się.- W Londynie jest nudno.
-A ja tak nie uważam. Macie fajne zabytki i ładne dziewczyny.- zaśmiał się.
-To twój pierwszy raz w Londynie?- zapytałam.
-Tak, moi bracia już wcześniej tu byli, ale ja nie.
-Okay.- rzuciłam krótko.
-Wiesz co, ładna jesteś.- stanął przede mną i odgarnął mi włosy za ucho.
-Em, dzięki. Ty też jesteś ładny... Znaczy przystojny.- poprawiłam się.
Po chwili wybuchliśmy śmiechem.
Nagle zadźwięczał telefon Lynch'a.
-Sorry, powinienem to odebrać.
-Powinieneś...- powiedziałam.- Ale nie musisz...
-W sumie nie muszę.- wyciszył komórkę i wrzucił ją do tylnej kieszeni spodni.
-Kto tak w ogóle dzwonił?- zapytałam.
-Mój starszy brat Riker, ale to pewnie nic ważnego.
-To... Co robimy?
-Hmmm... Idziemy na naleśniki!- chwycił mnie za rękę i pociągnął w stronę restauracji.

***

-Super! Po prostu świetnie!- dramatyzowała Rydel.- Wszystkie zdjęcia, kontakty, 3.000 ulubionych utworów poszło z dymem! Wszystko stracone! 
-Delly, próbowałem dogonić tego kogoś, ale zniknął gdzieś w tym tłumie...- tłumaczył się Ratliff.
-Wiem, Ell. Ale, ale... Ukradli mi telefon.- usiadła na ławce i schowała twarz w dłoniach.
-To tylko telefon, nie martw się.- objął ją ramieniem.
-Ale to nie fair!- tupnęła nogą.
-Bądź dobrej myśli. Chodź, pójdziemy na policję.
-Pfff, to tylko telefon, nie zainteresują się taką sprawą.- prychnęła.
-No sama widzisz!- teatralnie wyrzucił ręce w górę.
-Wiesz o co mi chodzi!- krzyknęła.
-Ja tylko chcę ci pomóc!- wykrzyczał.- Jeśli aż ci to przeszkadza to mogę sobie iść!
-Dobra!
-Dobra!
-Fajnie!
-Fajnie!
-Super!
-Super!- Ellington wyszedł na chodnik i ruszył przed siebie. Po chwili jednak odwrócił się:- Jak coś to się zdzwonimy... Ups! Ktoś tu nie ma telefonu!- powiedział na odchodne.

***

-Słyszałam, że swoje dzieciństwo spędziliście w Littleton, w Colorado.- powiedziałam wkładając sobie do ust kolejny kawałek naleśnika.
-Tak, dokładnie. Mieliśmy cudowne dzieciństwo.
-Naprawdę? Opowiedz mi trochę.
-Serio chcesz o tym słuchać?- zapytał.
-Jasne.- chwyciłam po syrop klonowy.
-Mieliśmy masę zabawnych i dziwnych sytuacji. Pamiętam jak kiedyś moja siostra Rydel chciała uprasować swój strój na występ w szkole tańca, rodziców nie było w domu, więc postanowiła zrobić to sama...
-Przepaliła strój czy coś się zapaliło?- przerwałam mu.
-Nie, nie...
-Oparzyła się?
-Nie, ale o chodzi tu o oparzenie. A więc postanowiła sama uprasować strój. Po wykonanym zadaniu odłożyła żelazko na kuchenne krzesło i poszła zanieść strój do garderoby. W tym samym czasie ja i mój młodszy brat Ryland postanowiliśmy urządzić sobie zabawę w berka. Po naszej ganianinie byłem strasznie zmęczony i spragniony. Poszedłem więc do kuchni po sok. Postanowiłem usiąść na krześle przy stole. Na ślepo siadłem na pierwsze lepsze krzesło. Po dwóch sekundach zorientowałem się, że usiadłem na gorące żelazko. Latałem po domu krzycząc 'Aaa, spodnie mi się palą!'. Do tej pory mam bliznę.
-Auć, współczuję.- próbowałam powstrzymać się od śmiechu.
-A ty miałaś jakieś fajne wspomnienia?
-Nie. Dzieciństwo mi się źle kojarzy.
-Dlaczego?
-Wiesz, moi rodzice się rozwiedli, potem mama zginęła w wypadku, setki dziennikarzy i fotografów napastowała na nas. 
-Strasznie mi przykro.- powiedział pół głosem.
-Mi też. Nieważne.- chciałam zmienić temat.- Opowiedz mi jeszcze jakąś historyjkę z dzieciństwa. 
Z Rossem rozmawiało mi się naprawdę dobrze. Umiał słuchać i nie paplał o sobie jak nakręcony. Poza tym, cały czas prawił mi komplementy. Jest bardzo miły.
Czas strasznie szybko płynął.
-Wiesz co, ja chyba powinnam już się zbierać.-powiedziałam.
-Tak, jasne. Ja z resztą też.- podniósł się z krzesła.- Odprowadzić cię?
-Tak.- uśmiechnęłam się.
Wyszliśmy z kawiarni i skierowaliśmy się do pałacu.
Przez dłuższy fragment drogi szliśmy w ciszy, pogrążeni we własnych myślach.
-Nie przytłacza cię to wszystko?- wypalił z siebie po chwili.- Wiesz ta cała presja, to, że jesteś taka ważna i... I nie umiem dobrać odpowiednich słów, wiesz o co mi chodzi.
-Rozumiem i nie, jeszcze chyba nie przytłacza. Nie miałam takiego momentu, podczas którego zamknęłabym się w pokoju w towarzystwie sterty chusteczek higienicznych i zalewała się łzami. Jeśli życie daje ci cytryny, trzeba z nich zrobić lemoniadę. Zadzierasz wysoko głowę i za wszelką cenę dążysz do celu.
-Za wszelką cenę...- zamyślił się.- Nie sądzisz, że to trochę... Hmmm... Egoistyczne, czy coś?
-Ross, znasz moją sytuację. Trzeba ustawiać innych, żeby to oni przypadkiem nie zaczęli kontrolować ciebie. Chwytaj życie za rogi i nie zwracaj uwagi na innych. Tutaj nie jest tak jak u was. Tu każdy dba tylko o swój tyłek, nie patrzy się na innych.
-Wiesz co,- zaczął.- Wyobrażałem to sobie inaczej...
-To nie jest jakieś zabawne show w telewizji. To brutalna rzeczywistość. Daleko nie zajedziesz na byciu miłym i uczciwym.
-Szczera do bólu.
-Witam w XXI wieku.- westchnęłam.
-Chyba wezmę sobie te rady głęboko do serca.
-I dobrze. To wszystko to tylko jedna, wielka gra, a wszyscy ludzie to oszuści. Każdy coś ukrywa.
-A ty co ukrywasz?- zapytał. 
-Dowiesz się w swoim czasie.- przeczesałam ręką włosy.- A ty?
-Dowiesz się w swoim czasie.- przedrzeźniał mnie.
-Jesteś wredny.- zaśmiałam się.
-Wiem.- wytknął mi język.- Jakie jest twoje motto życiowe?
-Gdyby była to telewizja lub jakiś wywiad wypadałoby powiedzieć 'Nie marnuj żadnej chwili, chwytaj dzień' albo 'Kochaj innych', czy inne takie bzdety. Ja nie mam motta. W życiu dążę do jasno określonego celu. Nie warto patrzeć na innych. Każdy jest inny, popieprzony na swój własny sposób. Każdy garnie tylko dla siebie. Ja nie widzę w tym nic złego. Kochanie samego siebie to romans na całe życie.
Blondyn zamilkł. Zastanawiał się głęboko nad każdym wypowiedzianym przeze mnie słowem.
-Dałaś mi sporo do myślenia.- odezwał się po dłuższej chwili.- Fajne czasem z kimś porozmawiać tak normalnie, a nie przy pakowaniu czy ustalaniu dat następnych koncertów.
-Patrz, już jesteśmy.- powiedziałam.
-O, faktycznie. Dziękuję za miły wieczór.- posłał mi szeroki uśmiech.- I za uświadomienie mi co się naprawdę dzieje na świecie.- zachichotał.
-Ja też dziękuję.
Po chwili chłopak zaczął się do mnie przybliżać. Spojrzałam mu prosto w oczy. Nasze usta dzieliło tylko kilka milimetrów...

***P.O.V. Ellington***

Po mojej 'kłótni' z Rydel nie wróciłem jeszcze do hotelu. Jakoś... Nie mogłem. Chodziłem bez celu po różnych uliczkach i zaułkach. Wybrałem tą mniej znaną, mniej zatłoczoną część miasta. Ludzi prawie w ogóle tu nie ma. Są tylko stare, pojedyncze kamienice, a ulice pokryte są kostką brukową. Mijam w miarę duży plac z ledwo działającą fontanną. Plac jest opustoszony. Jest tylko kilku turystów, którzy robią sobie zdjęcia na tle zaśnieżonego pomnika ang polityk. Na budynkach siedzą czarne wrony, które przez podmuch wiatru gwałtownie poderwały się do lotu. Nagle słyszę ciche rżenie konia i dzwoneczki. Oglądam się za siebie i widzę duże sanie zaprzęgnięte w dwa kare konie.
Źle się czuję przez tę naszą sprzeczkę, ale to nie moja wina, że ukradli jej telefon. Poza tym- to TYLKO telefon. Nie wiem o co jej chodzi. Jak wrócimy do stanów to pójdzie do salonu i kupi sobie drugi. Wchodzisz, płacisz, wychodzisz. Proste.  Skierowałem się w stronę małego, żelaznego mostku. Gdy tylko na niego wszedłem, zobaczyłem Delly opartą o krawędź. Stała i patrzyła się przed siebie. Co chwile pocierała zmarźnięte ręce. Podszedłem do niej i naciągnąłem jej na dłonie moje czarne rękawiczki.
-Uważaj, bo ci ręce odmarzną.- powiedziałem z delikatnym uśmiechem. 
Dziewczyna tylko wzruszyła ramionami.
-Delly, przepraszam. Nie chciałem być dla ciebie niemiły.
-W porządku.- westchnęła.- Też cię przepraszam. To w sumie tylko telefon. Nie powinnam robić z tego tak wielkiej afery.
-W sumie tak...
-Jak wrócimy do US, kupię sobie nowy.
-Wiesz co, znajdziemy ten telefon!- powiedziałem.
-Co? Jak chcesz go znaleźć?- zdziwiła się.- To jak szukanie igły w stogu siana. Londyn nie jest przecież taki mały. Mniejszy od Los Angeles, ale też jest w miarę duży.
-Wiem. Ale możemy na przykład zadzwonić. 
-Nie mamy pewności, że ten ktoś zadzwoni.- powiedziała.
-Wszystko na nie.- wyciągnąłem telefon.- Zobaczysz, znajdziemy go.
Otworzyłem klawiaturę i wystukałem numer Rydel.
-To się nie uda...- marudziła.
-Ciii.- uciszyłem ją.
Po kilku sygnałach ktoś odebrał:
-Halo?


~~~
No nawaliłam z tym rozdziałem. Miał być o wiele wcześniej, ale nie zdążyłam. Nexta postaram dodać szybciej.


Co sądzicie o nowym wyglądzie bloga? ♥




sobota, 14 lutego 2015

Rozdział 3

Mamy godzinę siedemnastą. Po powrocie ze szpitala od razu poszłam do swojego pokoju i padłam na łóżko. To był wyczerpujący dzień. Leżałam i przerzucałam kanały w telewizji. To nudne, to nudne, to już widziałam. Nic nie ma. Odrzuciłam pilot na bok. Przez chwilę wpatrywałam się w kremowy sufit i o niczym nie myślałam. Chwilę potem podniosłam się i usiadłam fortepnianie zbajdującym się w centrum pokoju. Przejechałam dłonią po klawiszach. Zaczęłam grać pierwszy akt Jeziora Łabędziego. Po kilku nutach zaprzestałam. Nigdy nie lubiłam muzyki klasycznej. Jest nudna i beznadzejna. Czy wszyscy jej twórcy byli głusi?
Postanowiłam zagrać You Gotta Be. Piosenka jest bardzo stara, ale lubię ją. 
Zaczęłam sobie podśpiewywać. 
-Listen as your day unfolds, challange what tnę future holds. Try and keep your head up to the sky. Lovers, they may cause your tears, go ahead release you fears. Stand up and be counted. Don't be ashamed to cry. You gotta be, You gotta...
Nagle przerwało mi dosyć donośne pukanie do drzwi. Czego oni ode mnie znowu chcą?! 
Podeszłam do dużych, zdobionych drzwi. Za nimi oczywiście stał Hammilton.
-Co znowu?- zapytałam głęboko wzdychając.
-Chciałbym przedstawić panience jutrzejszy plan dnia.
-Okay, wchodź.- wpuściłam mężczyznę do środka.
-A więc,- przysiadł na kanapie.- O jedenastej konferencja u biskupem.
-Nuda...- ziewnęłam.
-O trzynastej lunch z Edem Milibandem.
-Draaamat.
-O piętnastej rozmowa z lekarzami na temat pacjentów.
-Trzymajcie mnie.- uderzyłam się poduszką w głowę.
-I mam jeszcze jedną wiadomość.- wyjął z pod teczki kopertę.- Przyszedł list od Matthew'a Shand'a.
-Co?!- wyprostowałam się i uśmiechnęłam.
-Proszę.- podał mi świstek.
Otworzyłam kopertę i wyjęłam zawarotość.

'Droga Catherine,
Jak się miewasz, moja droga? Czy wasza mość wiedzie życie w dostatku? 
No dobra, ja nie umiem tak pisac. Nawet nie wiem co mnie napadło na napisanie listu. Mogłem przecież wysłać maila.'
Uśmiechnęłam się do siebie.
'Z tej strony nie kto inny jak twój najlepszy przyjaciel, jakiego kiedykolwiek miałaś- Matt.
Piszę do Ciebie, ponieważ organizuję dla ciebie taką małą surprise. A więc, jedyne co musisz zrobić: wyjdź na balkon swojego pokoju. Teraz!
Otworzyłam wielkie drzwi balkonowe i wyszłam na zewnątrz. Rozejrzałam się dookoła i na dole zobaczyłam roześmianego Matta.
-Czytaj dalej!- krzyknął z dołu.
Przeniosłam wzrok na list i kontynuowałam czytanie.
No dobra, już nie musisz tego czytać. Chodź tu do mnie się przywitać!'
Zaśmiałam się i odrzuciłam list na bok. Wybiegłam z pokoju, przebiegłam przez hall i tylnymi schodami wybiegłam do ogrodu. Podbiegłam pod balkon.
-Matt!-rzuciłam się przyjacielowi na szyję.
-No cześć, kocie.- zachichotał.
-Ja ci dam kota!- trzepnęłam go po głowie.- Wiesz, że nie wolno tak do mnie mówić.- odsunęłam się i skrzyżowałam ręce na piersi.
-Wybacz mi, Wasza Królewska Mość.- ukłonił się.
Zachichotałam.
-Pamiętasz kiedy osatni raz powiedziałeś do mnie 'kot'?- uniosłam brew.
-Tak, to było jakieś siedem lat temu, gdy byłem u ciebie w Dzień św. Jerzego. Wywaliłaś mnie z pałacu. Spałem wtedy na dworze.
-Cóż za księciem jesteś, jeśli nie umiesz sobie w życiu radzić?- wytknęłam mu język.
-Podpunkt a: miałem siedem lat, podpunkt b: cóż za księżniczką jesteś, jeśli masz taki wredny chatakter, co?
Posłałam mu zimne spojrzenie.
-To nie prawda!- tupnęłam nogą.
-No chodź już, dziecko.- zaczął się śmiać.
-Pff.- prychnęłam.
Weszliśmy do pałacu.
-Co tak w ogóle sprowadza cię w moje skromne progi?- zapytałam.
Nie widzeliśmy się prawie rok, chciałem odwiedzić starą znajomą.- objął mnie ramieniem.
Nagle zadźwięczał mój telefon.

OD: ROCKY
TREŚĆ: Może spotkamy się w Green Park za 15 mintut?

Przecież mieliśmy spotkać na kolacje u mnie w domu. Pewnie się rozmyślił.
-Matt, ja musze teraz gdzieś iść. Twój pokój to ten co zawsze. 
-Spoko, kocie.- puścił mi oczko i poszedł schodami na górę.
Wyszłam z pałacu i wyszłam do ogrodu. Było tam naprawdę dużo osób. Wszędzie kręciła się służba i ogrodnicy. Nagle zauważyłam, że moja babcia rozmawia z jakąś dziewczyną. Była ona moją kuzynką. A na imię jej Victoria.
Podeszłam do nich bliżej.
-Dzień dobry.- powiedziałam.
-Witaj, Catherine.- rzekła moja babcia. Właśnie chciałam z tobą pomówić.
-Tak?
-Słuchaj, jest pewna sprawa, przyjechała do nas Victoria.- wskazała na dziewczyne, która promiennie się uśmiechnęła.
Na sam widok jej twarzy robi mi się niedobrze.
-Po co ona tu przyjechała?- powiedziałam półgłosem.
W tej samej chwili podszedł do nas lokaj i podał nam wodę.
Skinęłam głową i wzięłam jedną ze szklanek. Wzięłam duży łyk.
-Victoria się wprowadza do pałacu.
-C-coo?- wyplułam wodę.
Elżbieta się skrzywiła.
-Wiesz, weszły pewne nowe ustawy.
-Aha.- spojrzałam kątem oka na Victorię. Stała kilka metrów dalej i się uśmiechała. Jaka ona jest beznadziejna.
-Według nich po mnie tron przejmie Wiliam, a nasępnie, jego potomek, a następnie... Victoria.
-Że co?!- wrzasnęłam.- Niby jakim prawem.
-Jest po Williamie najstarszym Windsorem.
-Ale przecież to nie fair! Ja mam przejąć tron! Najpierw ten bahor Willa się przede mnie wepchnął, a teraz ona!
-Catherine!- skarciła mnie.
-Co?!
-Wyrażaj się z szacunkiem, nie zapominaj z kim rozmawiasz.- wypuściła głęboko powietrze.- Jeżeli ktoś wyżej postawiony od ciebie zrezygnuje, będziesz miała wolną rękę.
- Zrezygnuje, albo 'przez przypadek' ulegnie wypadkowi.- syknęłam.
-Co powiedziałaś?
-To, że może wypadałoby oprowadzić Victorię po moim pałacu.
-Twoim?- uniosła brwi.
-Naszym.- uśmiechnęłam się sztucznie.
-To miło z twojej strony, że się tym zajmiesz.
-Cała ja. Choć Vic!
Skierowałyśmy się ścieżką, która prowadziła do głębi ogrodu.
-Ale tu pięknie i te zapachy. Ahhh.- pociągnęła nosem.- To takie cudowne.
-Nawet nie wiesz jak bardzo.- burknęłam.
-Wszyscy są tu tacy mili i pomocni, a zwłaszcza pan Hamillton.
Czy ona mówi o MOIM szoferze?! Ja mam go na wyłączność! On spełnia tylko moje zachcianki!
-A poza tym widziałam tu takiego miłego chłopaka.- kontynuowała.- Chyba nazywał się Matthew.
Teraz to mam ochotę przyłożyć jej w tą okropną facjatę.
-O, macie tu fontannę! Podejdźmy bliżej.
-Podejdźmy bliżej.- skrzywiłam się i zaczęłam ją przedrzeźniać.
-Oh, jesteś taka zabawna i urocza.- położyła mi dłoń na ramieniu.
Niech zabiera tą śmierdzącą rękę. Jeszczę się zarażę głupotą.
-Patrz! To nasze samoloty wojskowe tam lecą.- zmyśliłam.
-Gdzie?- zaczęła rozglądać się dookoła.
-Wejdź tutaj.- wskazałam podwyższenie na fontannie.
Dziewczyna posłusznie weszła na stopień i spojrzała w niebo.
W chwili jej nieuwagi, wepchnęłam ją do wody. Przez chwilę napawałam się widokiem Victorii topiącej się w fontannie, a następnie skierowałam się do drugiego wyjścia z ogrodu. Naiwna dziewczynka.

***

Rydel i Ellington mieli dużo wolnego czasu, więc aby go sporzytkować, postanowili wybrać się na zakupy. Ich pierwszym przystankiem było Green Center.
-Czy ta sukienka mnie pogrubia?- zapytała Delly przeglądając się w lustrze w przymierzalni.
-Tak, tak, jasne.- powiedział Ell siedząc znudzony na fotelu, grzebiąc w telefonie.
-Co przepraszam?!- zbulwersowała się.
-Mówiłaś coś?- podniósł głowę znad komórki.
-Nie ważne.- westchnęła. Wzięła sukienkę i ruszyła do kasy. Zapłaciła i wraz z przyjacielem wyszła ze sklepu. -To jaki jest następny punkt programu?- wyjęła telefon.
-Może najpierw pozbądźmy się tych toreb.- powiedział Ell lekko zataczając się od nadmiaru reklamówek.
-A może najpierw... Patrz, znalazłam wycieczkę po Buckhingam Palace!- przesówała palcem po ekranie.- Albo chodźmy na London Eye.
-Albo pozbądźmy się tych ciuchów.- jęczał brunet.
-Mam tu jeszcze muzeum i...
Rydel chciała wymieniać dalej, lecz nagle ktoś wyrwał jej iPhone'a z ręki i uciekł.
Dziewczyna stała oszołomiona.
-Halo! Pomocy! On mi ukradł telefon!- krzyknęła po chwili.
Ratliff upuścił wszystkie torby i pobiegł za złodziejem.

***

Jechałam właśnie taksówką do Green Park.To dziwne, że Rocky zmienił zdanie. Faceci.
Wyjrzałam za okno samochodu. Ulice były dziwnie puste. Zazwyczaj jest tu całkiem duży tłum. Ale w sumie to i lepiej. Jeszcze by mnie ktoś zobaczył. Nienawidzę tych całych spotkań z 'fanami'. Tak mnie kochają i wogóle... Banda frajerów. Ale idealną trzeba grać. Chwila, chwila, idealna to ja już jestem. Może ujmę to inaczej: trzeba udawać przed tymi głupcami miłą i uroczą, albo się od ciebie odwrócą i moja kariera zrujnowana.
Jeszcze do tego wszystkiego musiała przyjechać tu ta cała Victoria. I jeszcze jakby tego było mało... Zamieszka tu! Mam ochotę zepchnąć ją z mostu. Byłby jeden problem z głowy. Tak prędko nie zajmie mojego miejsca. Chyba po moim trupie! Znisze ją. Nie zostawię nawet suchej nitki. Całe szczęście, że odwiedził mnie Matt. Razem wykończymy tę gnidę. Szybciej wyjedzie niż przyjechała. 
Dobrze, spokojnie. Muszę odsunąć od siebie te wszystkie złe myśli. Ta nieudacznica nie będzie psuła mi nastroju. Skupmy się na czymś pozytywnym. Rocky.
Od naszego pierwszego spotkania bardzo go polubiłam. Jest przystojny, uroczy, miły. Jest sławny i bogaty, więc napewno nie popsuje mi wizerunku. Chyba. Paparazzi umieją zrobić coś z niczego. Lepiej uważać.
Nim się obejrzałam, byłam już w na miejscu.
Wypłaciłam taksówkarzowi odpowiednią należność i ruszyłam w wyznaczone miejsce. Przysiadłam na ławce obok pomnika Fernanda Pessoa. Długo nie musiałam czekać. 
-Cat!- usłyszałam jak ktoś wymawia moje imię. 
Odwróciłam się. Ku mojemu zdziwieniu nie był to Rocky, tylko...

~~~

Blokada nadal trzyma i nie chce puścić.
Masakra.
Z góry mowię: nie znam się na Londynie, nie wiem gdzie co dokładnie jest, więc mogą być błędy. Ja się znam na L.A., Londyn to... Nie wiem. :D wiem tylko gdzie jest Buckgingam Palace, London Eye i Trafalgar Square. :D
Rossdział będzie jak napiszę. (Jak wróci wena).
Xoxo


czwartek, 5 lutego 2015

Rozdział 2

*12/15/14, wtorek, godzina 12:00*

Wracałam wraz z Hamilltonem ze spotkania. Od wczoraj jestem w bardzo dobrym humorze. 
Siedziałam i wyglądałam przez okno. Moją chwilę spokoju przerwał mi nie kto inny niż Hamillton.
-Coś wielkiego się szykuje... Aczkolwiek nadanie imienia atomowej łodzi podwodnej. Przekazałem pałacowi, że pani się tym zajmie.- powiedział wchodząc do pomieszczenia.
-To przekaż pałacowi, że tego nie zrobię. Chciałabym trochę odpocząć, spędzić czas z rodziną.
-Ale...
-Nie ma żadnego 'ale'.
-W pani sytuacji łódź byłaby sensowna.- powiedział cicho.
-co masz na myśli Hamillton? Czy ty coś sugerujesz?
-Ja? Nie śmiałbym.
-Ale serio, łódź podwodna? Ja wolałabym pracować z ludźmi.
-Z ludźmi powiadasz... Nie chcę pani urazić, ale niektórzy mają sceptyczne nastawienie. A poza tym panienka jest taka młoda, a łódź to perspektywa na przyszłość.
-Chyba nie rozumiem...
-Pierwszy krok: nadanie inienia łodzi, krok dziesiąty przejecie tronu.
-Chciałabym. Ale Hamillton, łódź? Serio, ja wolę pomagać ludziom! Poza tym w kolejce przede mną jest jeszcze William i jego bachor.
-Jak już to bachor... Znaczy chciałem powiedzieć dziecko.- ożywił się.
-Dobra,nie ważne, skończmy  ten temat.

***

-Chłopcy! Proszę, uspokójcie się.- mówiła Stormie do synów, którzy postanowili rozegrać sobie rundkę football'u w hotelowym pokoju.
-Chwila! Zaraz kończymy!- krzyknął Ellington.
-Dawaj do mnie!- krzyknął Ross.- Już prawie jestem!
-Mam ją!- Riker zaczął biec w stronę kanapy.- Cztery metry, dwa metry... I Przyłożenie!
-O nie! Domagam się rewanżu!- oburzył się najmłodszy.
-No to dawaj!
-Rik, podaj! Przechwycę ją!- rzucił Rocky.
Gdy tylko przejął piłkę, pobiegł przed siebie. Niestety potknął się i wylądował na podłodze.
-Rocky!- krzyknęła Rydel.- Wszystko jest okay.- podbiegła do bruneta.
-Rocky! Przyjacielu! Żyjesz?!- panikował Ratliff.
-Tak, ale...- gdy próbował się podnieść, syknął z bólu.- trochę boli mnie ręka.
-Dzieci, mówiłam wam żebyście się uspokoili. Ile wy macie lat?- Stormie zmarszczyła brwi.- Pokaż.- skierowała do syna.
Jego ręka była cała czerwona i lekko spuchnięta.
-Jedziemy do lekarza.- postanowiła.
-Jadę z wami.- powiedział Riker.
-Ja też.- wtrącił Ross.
-Też chcę.- odezwała się Delly.
-Kochani, wszyscy nie zmieścimy się do auta. Poza tym ktoś musi tu zostać.- powiedziała dorosła pomagając wstać Rocky'emu.
-Ewentualnie ja mogę zostać...- odrzekł najstarszy z rodzeństwa.
-Ja jadę i koniec.- uparł się Ell.
-Ja też mogę zostać.- westchnęła Dells.
-Jeszcze jacyś chętni żeby zostać? Nie? W takim razie jedzie oczywiście Rocky i Ellington, ja i...
-Ja prowadzę!- Ross chwycił szybko kurtkę, kluczyki i wybiegł z pokoju.

*około godziny później*

-Tak jak myślałem. Pan Lynch ma zwichnięty nadgarstek.- stwierdził lekarz patrząc na zdjęcie rentgenowskie. 
-Ale będę mógł dalej grać?- zapytał brunet masując opatrzoną już rękę.
-Tak, oczywiście...- kontynuował lekarz.
-Jest!
-Ale nie teraz.
-C-co?- podniósł się gwałtownie.
-Ma pan uszkodzony nadgarstek. Nie chcemy, żeby było jeszcze gorzej, prawda?
-Ale my jesteśmy w trasie!- krzyknął.- Niby jak zespół ma kontynuować trasę bez gitarzysty?!
-Rocky, spokojnie.- powiedziała Stormie.
-Jak mam być spokojny?! Wszystkie koncerty są zabukowane, wszystko jest gotowe, a my tak nagle przerwiemy w samym środku?!- wykrzyknął- Kiedy mogę z powrotem grać?
-Za jakieś dwa, trzy...
-Dni?
-Tygodnie.
-Co?!- pisnęli równocześnie Rocky i Ell.
Ross siedział w kącie na krześle i nic nie mówił.
-Ja już nic nie mogę zrobić.- odezwał się lekarz.- A teraz, przepraszam, ale muszę już iść. Pacjenci czekają.
Rocky bez słowa wybiegł na korytarz. Ross pobiegł za nim.
-R-Rocky, poczekaj.- zatrzymał brata.
-Co?!- odparł z wyrzutem.
-Przepraszam cię.
-Ty? Niby za co?
-To ja zaproponowałem football. Gdyby nie ja, nic by ci się nie stało.
-Przecież to nie przez ciebie, nie obwiniaj się, Młody. Poza tym, zawsze graliśmy w domu i nigdy nic się nie stało. - uniósł delikatnie kąciki ust.
-Może skoczę po mamę i Ellingtona, i pójdziemy się czegoś napić?
-Spoko.


***

Po chwili Hamilton znów się odezwał:
-Wasza Wysokość, dzwonili przed chwilą z Royal Brompton Hospital.
-Tak. Stan pani dziadka się... Pogorszył.- westchnął.
-Jak to 'pogorszył'?- zmarszczyłam brwi.
-Potrzebują Panienki w szpitalu.
-Ale, że teraz?
-Tak, natychmiast.
-Pemberly!- krzyknęłam do kierowcy limuzyny.- Jedź do szpitala. Szybko!
-Już się robi.- mężczyzna gwałtownie zakręcił i ruszyliśmy do szpitala.

*kwadrans później*

Wbiegłam pospiesznie to szpitala. Biegłam prosto korytarzem mijając tłumy ludzi. Nidy nie lubiłam szpitali. Te białe kolory ścian, ludzie w tych beznadziejnych strojach. Eh, niedobrze mi.
Wbiegłam szybko po schodach na drugie piętro.
-Przepraszam, gdzie jest odział intensywnej terapii?- zapytałam pielęgniarkę o kruczoczarnych włosach.
-Trzecie piętro, drugie drzwi po lewej.- uśmiechnęła się.
-Aha.- powiedziałam i pobiegłam we wskazane miejsce.
Jest! Odział intensywnej terapii, sala 307.
Chciałam wejść, ale drogę zastawił mi dr. zero kultury.
Rany.
-Witam, doktor Harris.- przedstawił się.- Miło panią widzieć.
No pewnie, że miło.
-Witam, co z moim dziadkiem?- zapytałam.
-Miał krwotok, ale to zdarza się przy operacjach takiego typu.
-Czyli jeszcze nie może wrócić do domu?
-Niestety nie. Jego stan jest poważny. Pani dziadek na pewno z tego wyjdzie. Mogę zapewnić, że jest pod najlepszą opieką.
Człowieku nie mydl mi oczu.
-A wezwana została Pani, ponieważ potrzebujemy zgody na kolejną operację.- kontynuował.
-Dlaczego ja? Miał pan do wyboru 1/2 mojej rodziny i padło na mnie.- skrzyżowałam ręce na piersi.
-Jest Pani wpisana...
-Czyli?
-Może Pani decydować o losach pacjenta.
-Dobra, no to operujcie.
-Oczywiście. To ja panią żegnam.
-Chwila, chwila, mogę do niego wejść?- spytałam.
-Jego stan jest poważny.- powtórzył.- Teraz skoro mamy zgodę przygotujemy pacjenta do operacji.
-Dobrze.
Wyszłam z sali na korytarz...
-God, damn it!- oparłam się parapet okna szpitalnego.
-Nie ładnie jest słyszeć z ust księżniczki takie słowa...- usłyszałam za plecami.
-Rocky!- uśmiechnęłam się.- Co ci się stało w rękę.
-Mały wypadek...- zasłonił opatrunek.- A ty co tu robisz?
-Byłam u dziadka, ale nie wpuścili mnie...
-Przykro mi.
-Mi też. By the way, będziesz grał z uszkodzoną ręką?- skinęłam w stronę bandaży.
-Niestety mam zakaz dotykania gitary.
-Do kiedy zostajecie w Londynie?
-Będziemy tu jeszcze przez jakieś dwa, trzy tygodnie, aż wydobrzeję.
-To może wpadniesz dzisiaj do mnie na kolacje?- zaproponowałam.
-Chętnie!
-Potem wyślę ci adres.
-Okay.
-Rocky!- podbiegł do niego jakiś blondyn.- Hej.- uśmiechnął się.- To już rozumiem dlaczego cię tak długo nie było.- zmierzył mnie od góry do dołu.
-Cześć.- zachichotałam i zatrzepotałam rzęsami.
-Wracamy już do domu.- powiedział.- A tak w ogóle, jestem Ross.
-A ja Cat, miło mi.
-Cat? Jak kot?
-Zawsze wszyscy to mówią...- westchnęłam.- Nie jak kot tylko jak, Catherine.
-Fajnie. Co robisz w szpitalu?
-Ja...
-No nic, my musimy już lecieć.- uciął mi Rocky.- Do zobaczenia!
-Pa!- pomachałam im.
-Do zobaczenia.- powtórzył Ross i puścił mi oczko.

~~~
Hi! 💋. :*
Jest rozdział.
Poprawię go jak będę miała mój sprzęt z powrotem. -.-
Dzisiaj taki rossdział na ludzie, nic specjalnego się nie dzieje.
Wasze blogi staram się czytać, komentować w miarę możliwości. Na komentarze już zaraz odpowiadam.
Z mojej strony to chyba tyle...
A! Przed R3 zmieni się wygląd bloga.
To w sumie chyba wszystko...
C ya soon!




Obserwatorzy

Lydia Land of Grafic